🔥

Kontrakting

Sprawdź nowy moduł zarządzania kontraktorami

🔥

Kontrakting

Sprawdź nowy moduł zarządzania kontraktorami

🔥

Kontrakting

Sprawdź nowy moduł zarządzania kontraktorami

🔥

Kontrakting

Sprawdź nowy moduł zarządzania kontraktorami

Blog

Dlaczego menedżerowie zatrudniający nie ufają już „dobrym shortlistom”

people

Zaktualizowano:

Dlaczego menedżerowie zatrudniający nie ufają już „dobrym shortlistom”

Nowości

Iwo Paliszewski

Iwo Paliszewski

Przez długi czas dobra shortlista oznaczała postęp. Oznaczała, że rekruter wykonał ciężką pracę, zawężając pole poszukiwań, odfiltrowując szum i wyłaniając najsilniejszych kandydatów. Shortlista nie była tylko listą nazwisk. Była sygnałem. Uspokajała menedżerów (tzw. hiring managers), że proces zmierza we właściwym kierunku i że z pełnym przekonaniem można przejść do kolejnego etapu decyzyjnego.

Dziś to poczucie staje się coraz rzadsze.

Obecnie w wielu organizacjach nawet naprawdę mocna shortlista nie daje już tego samego poczucia pewności, co kiedyś. Menedżerowie proszą o więcej spotkań, szerszy kontekst, dodatkowe dowody i głębszą weryfikację. Dłużej się wahają. Kwestionują własne decyzje. Proszą, by „zobaczyć jeszcze jedną opcję”, nawet gdy przedstawiona lista wygląda wyjątkowo solidnie.

Na pierwszy rzut oka może to wyglądać na niezdecydowanie lub niepotrzebne komplikowanie procesu. W rzeczywistości wskazuje to na coś znacznie ważniejszego: zaufanie do wczesnych sygnałów w rekrutacji drastycznie słabnie.

Dopracowana shortlista to już za mało

Jeden z powodów tej zmiany jest banalnie prosty. Kandydaci coraz lepiej radzą sobie z autoprezentacją.

Aplikacje są dziś znacznie bardziej dopracowane niż kiedyś. CV są czytelniejsze, mają lepszą strukturę i są ściślej dopasowane do wymagań z ogłoszenia. Profile na LinkedInie są kompletne. Odpowiedzi na rozmowach – niezwykle wygładzone. W wielu przypadkach to efekt lepszego przygotowania, większej samoświadomości oraz powszechnego dostępu do narzędzi, które pomagają kandydatom zaprezentować się z jak najlepszej strony.

Powinniśmy się z tego cieszyć, i pod wieloma względami tak właśnie jest.

Zmienia to jednak znaczenie tego, co zespoły rekrutacyjne widzą na wczesnych etapach procesu. Kiedy wielu kandydatów na papierze wypada świetnie, sama shortlista staje się mniej rozstrzygająca. Dobra lista nie gwarantuje już pewności, ponieważ jakość prezentacji stała się o wiele łatwiejsza do „wyprodukowania” niż jakość rzeczywistych kompetencji.

Problem nie w tym, że shortlista jest zła. Problem w tym, że przestała być ostateczna.

Ukryte napięcie między prezentacją a dowodami

Właśnie w tym miejscu wiele procesów rekrutacyjnych zaczyna zwalniać.

W teorii shortlista ma upraszczać podjęcie decyzji. Jednak w środowisku, w którym coraz więcej kandydatów wygląda wiarygodnie, często przynosi to odwrotny skutek. Rodzi całą serię nowych pytań:

  • Czy ta osoba naprawdę świetnie pasuje do roli, czy po prostu świetnie się sprzedaje?

  • Czy to doświadczenie kryje w sobie realną głębię, czy to tylko zgrabnie ułożona narracja?

  • Czy rekruter przynosi nam najlepszych kandydatów, czy po prostu tych najlepiej udokumentowanych?

Te pytania rzadko padają na głos, ale to one kształtują zachowania. To one tłumaczą, dlaczego menedżerowie proszą o kolejną rundę spotkań, wywiad z dodatkowym interesariuszem, dodatkowe zadanie robocze czy jeszcze jeden poziom weryfikacji.

Nie zawsze reagują oni na słabości kandydata. Znacznie częściej reagują na własną niepewność. A niepewność diametralnie zmienia to, jak ludzie zachowują się wewnątrz procesu.

Dlaczego głębsza weryfikacja wydaje się dziś konieczna

W wielu zespołach zatrudniających dodatkowe etapy nie wynikają już z rygoryzmu samego w sobie. Stanowią rekompensatę za spadek zaufania do wcześniejszych etapów lejka rekrutacyjnego.

Jeszcze kilka lat temu shortlista niosła ze sobą znacznie większy autorytet. Reprezentowała poziom selekcji, który wydawał się w pełni miarodajny. Rekruter znalazł odpowiednich ludzi, a teraz nadchodził czas na decyzję. Dziś ta sama shortlista często wydaje się jedynie punktem wyjścia do dalszej weryfikacji.

Wcale nie oznacza to, że rekruter gorzej wykonuje swoją pracę. Wręcz przeciwnie – rekruterzy mają dziś do dyspozycji lepsze narzędzia, więcej danych i więcej informacji niż kiedykolwiek. Problem w tym, że większa ilość informacji nie przełożyła się automatycznie na większą pewność. W wielu przypadkach stworzyła jedynie więcej niejednoznaczności.

Kiedy kilku kandydatów prezentuje się równie dobrze, hiring menedżer wcale nie czuje się uspokojony. Czuje się wystawiony na ryzyko. Koszt podjęcia złej decyzji wydaje się wyższy, w odpowiedzi na co proces nieustannie puchnie.

Shortlista nie jest już odpowiedzią. Stała się pytaniem.

I to jest być może najważniejsza ze zmian. W wielu organizacjach shortlista odpowiadała kiedyś na pytanie: "Kogo powinniśmy na poważnie wziąć pod uwagę?". Obecnie coraz częściej rodzi zupełnie inne pytanie: "Jak bardzo możemy zaufać temu, co widzimy?".

Rozwiązanie tej kwestii jest o wiele trudniejsze.

Nie rozwiąże tego więcej sourcingu. Nie rozwiąże tego wtłoczenie do lejka kolejnych kandydatów. Prawdę mówiąc, większa liczba kandydatów często tylko pogarsza sprawę, ponieważ zwiększa liczbę wiarygodnie wyglądających opcji, wcale nie podnosząc przy tym poziomu pewności.

Właśnie w tę pułapkę wpada wiele zespołów. Shortlista wygląda obiecująco, ale nikt nie czuje się w pełni komfortowo, by na jej podstawie podjąć działanie. Proces toczy się dalej – nie dlatego, że brakuje talentów, ale dlatego, że brakuje pewności.

Co to oznacza dla rekruterów

Dla rekruterów to subtelna, ale niezwykle głęboka zmiana w ich roli.

Ich praca nie polega już tylko na ściąganiu do firmy mocnych kandydatów. W coraz większym stopniu polega na pomaganiu menedżerom w zaufaniu do tego, co widzą.

Oznacza to dostarczanie czegoś więcej niż tylko nazwisk, CV i krótkich podsumowań. Oznacza budowanie kontekstu. Wyjaśnianie nie tylko tego, kim jest kandydat, ale dlaczego jest ważny, jakie dowody popierają jego ocenę oraz gdzie kryją się jego rzeczywiste atuty i potencjalne ryzyka.

Innymi słowy, rekruter przestał być wyłącznie „łowcą talentów”. Staje się budowniczym zaufania.

A to zupełnie inny rodzaj pracy. Wymaga on mocniejszej kalibracji z biznesem, jaśniejszych kryteriów oceny i lepszych metod dokumentowania, dlaczego dana osoba w ogóle znalazła się na shortliście. Bez tego nawet fenomenalnie wyselekcjonowana grupa kandydatów może budzić wątpliwości.

Koszt braku zaufania do shortlisty

To wszystko ma również swoje twarde, praktyczne konsekwencje.

Kiedy menedżerowie przestają ufać dobrej shortliście, proces staje się drastycznie cięższy. Dodawane są kolejne etapy rozmów. Angażuje się coraz więcej osób. Proces decyzyjny zwalnia. Kandydaci czekają dłużej. Część z nich traci zainteresowanie. Część rezygnuje. Inni przyjmują konkurencyjną ofertę, zanim firma zdąży dojść do jakichkolwiek wniosków.

Jak na ironię, próba zminimalizowania ryzyka podjęcia złej decyzji drastycznie zwiększa ryzyko utraty kogoś naprawdę wybitnego.

Właśnie dlatego brak zaufania do shortlisty to nie tylko problem psychologiczny. To problem operacyjny. Wpływa na tempo zatrudniania, candidate experience, przepustowość całego zespołu i ostatecznie – na jakość końcowego rezultatu.

Cicha zmiana w rekrutacji

Ten temat jest istotny również z tego powodu, że niezwykle często przechodzi on zupełnie bez echa.

Organizacje głośno i otwarcie mówią o AI, niedoborze talentów, employer brandingu i efektywności rekrutacji. Znacznie rzadziej rozmawiają o zaufaniu i pewności. A przecież to właśnie pewność coraz częściej decyduje o tym, czy proces idzie do przodu, czy też grzęźnie w martwym punkcie.

Shortlista nadal może wyglądać doskonale. Jeśli jednak nie budzi zaufania, przestaje pełnić swoją pierwotną funkcję.

To być może jedna z największych, a zarazem najcichszych zmian we współczesnej rekrutacji. Menedżerowie zatrudniający niekoniecznie stają się coraz bardziej wymagający ot tak, bez powodu. W wielu przypadkach po prostu reagują na rynek, na którym coraz łatwiej znaleźć doskonale wykreowanego kandydata, ale o wiele trudniej osiągnąć całkowitą pewność co do jego wyboru.

A to diametralnie zmienia znaczenie tego, czym w rzeczywistości jest „dobra shortlista”.

Aktualizacje i nowości

Bądź na bieżąco z najnowszymi innowacjami, funkcjami i wskazówkami dotyczącymi Recruitify!

Imię
E-mail

Podając swój adres e-mail w ramach formularza zapisu na newsletter wyrażasz zgodę na jego przetwarzanie w celu przesyłania informacji marketingowych dotyczących produktów i usług Administratora. Administratorem Twoich danych osobowych przetwarzanych w powyższym celu jest Recruitify Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie (KRS 0000709889). Więcej informacji na temat zasad przetwarzania danych osobowych i praw osób, których dane dotyczą znajdziesz w dokumencie Polityka prywatności.

Udostępnij

Opublikowane

Kategoria

Proces rekrutacyjny

Autor

Iwo Paliszewski

people

Zaktualizowano:

Dlaczego menedżerowie zatrudniający nie ufają już „dobrym shortlistom”

Nowości

Iwo Paliszewski

Iwo Paliszewski

Przez długi czas dobra shortlista oznaczała postęp. Oznaczała, że rekruter wykonał ciężką pracę, zawężając pole poszukiwań, odfiltrowując szum i wyłaniając najsilniejszych kandydatów. Shortlista nie była tylko listą nazwisk. Była sygnałem. Uspokajała menedżerów (tzw. hiring managers), że proces zmierza we właściwym kierunku i że z pełnym przekonaniem można przejść do kolejnego etapu decyzyjnego.

Dziś to poczucie staje się coraz rzadsze.

Obecnie w wielu organizacjach nawet naprawdę mocna shortlista nie daje już tego samego poczucia pewności, co kiedyś. Menedżerowie proszą o więcej spotkań, szerszy kontekst, dodatkowe dowody i głębszą weryfikację. Dłużej się wahają. Kwestionują własne decyzje. Proszą, by „zobaczyć jeszcze jedną opcję”, nawet gdy przedstawiona lista wygląda wyjątkowo solidnie.

Na pierwszy rzut oka może to wyglądać na niezdecydowanie lub niepotrzebne komplikowanie procesu. W rzeczywistości wskazuje to na coś znacznie ważniejszego: zaufanie do wczesnych sygnałów w rekrutacji drastycznie słabnie.

Dopracowana shortlista to już za mało

Jeden z powodów tej zmiany jest banalnie prosty. Kandydaci coraz lepiej radzą sobie z autoprezentacją.

Aplikacje są dziś znacznie bardziej dopracowane niż kiedyś. CV są czytelniejsze, mają lepszą strukturę i są ściślej dopasowane do wymagań z ogłoszenia. Profile na LinkedInie są kompletne. Odpowiedzi na rozmowach – niezwykle wygładzone. W wielu przypadkach to efekt lepszego przygotowania, większej samoświadomości oraz powszechnego dostępu do narzędzi, które pomagają kandydatom zaprezentować się z jak najlepszej strony.

Powinniśmy się z tego cieszyć, i pod wieloma względami tak właśnie jest.

Zmienia to jednak znaczenie tego, co zespoły rekrutacyjne widzą na wczesnych etapach procesu. Kiedy wielu kandydatów na papierze wypada świetnie, sama shortlista staje się mniej rozstrzygająca. Dobra lista nie gwarantuje już pewności, ponieważ jakość prezentacji stała się o wiele łatwiejsza do „wyprodukowania” niż jakość rzeczywistych kompetencji.

Problem nie w tym, że shortlista jest zła. Problem w tym, że przestała być ostateczna.

Ukryte napięcie między prezentacją a dowodami

Właśnie w tym miejscu wiele procesów rekrutacyjnych zaczyna zwalniać.

W teorii shortlista ma upraszczać podjęcie decyzji. Jednak w środowisku, w którym coraz więcej kandydatów wygląda wiarygodnie, często przynosi to odwrotny skutek. Rodzi całą serię nowych pytań:

  • Czy ta osoba naprawdę świetnie pasuje do roli, czy po prostu świetnie się sprzedaje?

  • Czy to doświadczenie kryje w sobie realną głębię, czy to tylko zgrabnie ułożona narracja?

  • Czy rekruter przynosi nam najlepszych kandydatów, czy po prostu tych najlepiej udokumentowanych?

Te pytania rzadko padają na głos, ale to one kształtują zachowania. To one tłumaczą, dlaczego menedżerowie proszą o kolejną rundę spotkań, wywiad z dodatkowym interesariuszem, dodatkowe zadanie robocze czy jeszcze jeden poziom weryfikacji.

Nie zawsze reagują oni na słabości kandydata. Znacznie częściej reagują na własną niepewność. A niepewność diametralnie zmienia to, jak ludzie zachowują się wewnątrz procesu.

Dlaczego głębsza weryfikacja wydaje się dziś konieczna

W wielu zespołach zatrudniających dodatkowe etapy nie wynikają już z rygoryzmu samego w sobie. Stanowią rekompensatę za spadek zaufania do wcześniejszych etapów lejka rekrutacyjnego.

Jeszcze kilka lat temu shortlista niosła ze sobą znacznie większy autorytet. Reprezentowała poziom selekcji, który wydawał się w pełni miarodajny. Rekruter znalazł odpowiednich ludzi, a teraz nadchodził czas na decyzję. Dziś ta sama shortlista często wydaje się jedynie punktem wyjścia do dalszej weryfikacji.

Wcale nie oznacza to, że rekruter gorzej wykonuje swoją pracę. Wręcz przeciwnie – rekruterzy mają dziś do dyspozycji lepsze narzędzia, więcej danych i więcej informacji niż kiedykolwiek. Problem w tym, że większa ilość informacji nie przełożyła się automatycznie na większą pewność. W wielu przypadkach stworzyła jedynie więcej niejednoznaczności.

Kiedy kilku kandydatów prezentuje się równie dobrze, hiring menedżer wcale nie czuje się uspokojony. Czuje się wystawiony na ryzyko. Koszt podjęcia złej decyzji wydaje się wyższy, w odpowiedzi na co proces nieustannie puchnie.

Shortlista nie jest już odpowiedzią. Stała się pytaniem.

I to jest być może najważniejsza ze zmian. W wielu organizacjach shortlista odpowiadała kiedyś na pytanie: "Kogo powinniśmy na poważnie wziąć pod uwagę?". Obecnie coraz częściej rodzi zupełnie inne pytanie: "Jak bardzo możemy zaufać temu, co widzimy?".

Rozwiązanie tej kwestii jest o wiele trudniejsze.

Nie rozwiąże tego więcej sourcingu. Nie rozwiąże tego wtłoczenie do lejka kolejnych kandydatów. Prawdę mówiąc, większa liczba kandydatów często tylko pogarsza sprawę, ponieważ zwiększa liczbę wiarygodnie wyglądających opcji, wcale nie podnosząc przy tym poziomu pewności.

Właśnie w tę pułapkę wpada wiele zespołów. Shortlista wygląda obiecująco, ale nikt nie czuje się w pełni komfortowo, by na jej podstawie podjąć działanie. Proces toczy się dalej – nie dlatego, że brakuje talentów, ale dlatego, że brakuje pewności.

Co to oznacza dla rekruterów

Dla rekruterów to subtelna, ale niezwykle głęboka zmiana w ich roli.

Ich praca nie polega już tylko na ściąganiu do firmy mocnych kandydatów. W coraz większym stopniu polega na pomaganiu menedżerom w zaufaniu do tego, co widzą.

Oznacza to dostarczanie czegoś więcej niż tylko nazwisk, CV i krótkich podsumowań. Oznacza budowanie kontekstu. Wyjaśnianie nie tylko tego, kim jest kandydat, ale dlaczego jest ważny, jakie dowody popierają jego ocenę oraz gdzie kryją się jego rzeczywiste atuty i potencjalne ryzyka.

Innymi słowy, rekruter przestał być wyłącznie „łowcą talentów”. Staje się budowniczym zaufania.

A to zupełnie inny rodzaj pracy. Wymaga on mocniejszej kalibracji z biznesem, jaśniejszych kryteriów oceny i lepszych metod dokumentowania, dlaczego dana osoba w ogóle znalazła się na shortliście. Bez tego nawet fenomenalnie wyselekcjonowana grupa kandydatów może budzić wątpliwości.

Koszt braku zaufania do shortlisty

To wszystko ma również swoje twarde, praktyczne konsekwencje.

Kiedy menedżerowie przestają ufać dobrej shortliście, proces staje się drastycznie cięższy. Dodawane są kolejne etapy rozmów. Angażuje się coraz więcej osób. Proces decyzyjny zwalnia. Kandydaci czekają dłużej. Część z nich traci zainteresowanie. Część rezygnuje. Inni przyjmują konkurencyjną ofertę, zanim firma zdąży dojść do jakichkolwiek wniosków.

Jak na ironię, próba zminimalizowania ryzyka podjęcia złej decyzji drastycznie zwiększa ryzyko utraty kogoś naprawdę wybitnego.

Właśnie dlatego brak zaufania do shortlisty to nie tylko problem psychologiczny. To problem operacyjny. Wpływa na tempo zatrudniania, candidate experience, przepustowość całego zespołu i ostatecznie – na jakość końcowego rezultatu.

Cicha zmiana w rekrutacji

Ten temat jest istotny również z tego powodu, że niezwykle często przechodzi on zupełnie bez echa.

Organizacje głośno i otwarcie mówią o AI, niedoborze talentów, employer brandingu i efektywności rekrutacji. Znacznie rzadziej rozmawiają o zaufaniu i pewności. A przecież to właśnie pewność coraz częściej decyduje o tym, czy proces idzie do przodu, czy też grzęźnie w martwym punkcie.

Shortlista nadal może wyglądać doskonale. Jeśli jednak nie budzi zaufania, przestaje pełnić swoją pierwotną funkcję.

To być może jedna z największych, a zarazem najcichszych zmian we współczesnej rekrutacji. Menedżerowie zatrudniający niekoniecznie stają się coraz bardziej wymagający ot tak, bez powodu. W wielu przypadkach po prostu reagują na rynek, na którym coraz łatwiej znaleźć doskonale wykreowanego kandydata, ale o wiele trudniej osiągnąć całkowitą pewność co do jego wyboru.

A to diametralnie zmienia znaczenie tego, czym w rzeczywistości jest „dobra shortlista”.

Aktualizacje i nowości

Bądź na bieżąco z najnowszymi innowacjami, funkcjami i wskazówkami dotyczącymi Recruitify!

Imię
E-mail

Podając swój adres e-mail w ramach formularza zapisu na newsletter wyrażasz zgodę na jego przetwarzanie w celu przesyłania informacji marketingowych dotyczących produktów i usług Administratora. Administratorem Twoich danych osobowych przetwarzanych w powyższym celu jest Recruitify Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie (KRS 0000709889). Więcej informacji na temat zasad przetwarzania danych osobowych i praw osób, których dane dotyczą znajdziesz w dokumencie Polityka prywatności.

Udostępnij

Opublikowane

Kategoria

Proces rekrutacyjny

Autor

Iwo Paliszewski

people

Zaktualizowano:

Dlaczego menedżerowie zatrudniający nie ufają już „dobrym shortlistom”

Nowości

Iwo Paliszewski

Iwo Paliszewski

Przez długi czas dobra shortlista oznaczała postęp. Oznaczała, że rekruter wykonał ciężką pracę, zawężając pole poszukiwań, odfiltrowując szum i wyłaniając najsilniejszych kandydatów. Shortlista nie była tylko listą nazwisk. Była sygnałem. Uspokajała menedżerów (tzw. hiring managers), że proces zmierza we właściwym kierunku i że z pełnym przekonaniem można przejść do kolejnego etapu decyzyjnego.

Dziś to poczucie staje się coraz rzadsze.

Obecnie w wielu organizacjach nawet naprawdę mocna shortlista nie daje już tego samego poczucia pewności, co kiedyś. Menedżerowie proszą o więcej spotkań, szerszy kontekst, dodatkowe dowody i głębszą weryfikację. Dłużej się wahają. Kwestionują własne decyzje. Proszą, by „zobaczyć jeszcze jedną opcję”, nawet gdy przedstawiona lista wygląda wyjątkowo solidnie.

Na pierwszy rzut oka może to wyglądać na niezdecydowanie lub niepotrzebne komplikowanie procesu. W rzeczywistości wskazuje to na coś znacznie ważniejszego: zaufanie do wczesnych sygnałów w rekrutacji drastycznie słabnie.

Dopracowana shortlista to już za mało

Jeden z powodów tej zmiany jest banalnie prosty. Kandydaci coraz lepiej radzą sobie z autoprezentacją.

Aplikacje są dziś znacznie bardziej dopracowane niż kiedyś. CV są czytelniejsze, mają lepszą strukturę i są ściślej dopasowane do wymagań z ogłoszenia. Profile na LinkedInie są kompletne. Odpowiedzi na rozmowach – niezwykle wygładzone. W wielu przypadkach to efekt lepszego przygotowania, większej samoświadomości oraz powszechnego dostępu do narzędzi, które pomagają kandydatom zaprezentować się z jak najlepszej strony.

Powinniśmy się z tego cieszyć, i pod wieloma względami tak właśnie jest.

Zmienia to jednak znaczenie tego, co zespoły rekrutacyjne widzą na wczesnych etapach procesu. Kiedy wielu kandydatów na papierze wypada świetnie, sama shortlista staje się mniej rozstrzygająca. Dobra lista nie gwarantuje już pewności, ponieważ jakość prezentacji stała się o wiele łatwiejsza do „wyprodukowania” niż jakość rzeczywistych kompetencji.

Problem nie w tym, że shortlista jest zła. Problem w tym, że przestała być ostateczna.

Ukryte napięcie między prezentacją a dowodami

Właśnie w tym miejscu wiele procesów rekrutacyjnych zaczyna zwalniać.

W teorii shortlista ma upraszczać podjęcie decyzji. Jednak w środowisku, w którym coraz więcej kandydatów wygląda wiarygodnie, często przynosi to odwrotny skutek. Rodzi całą serię nowych pytań:

  • Czy ta osoba naprawdę świetnie pasuje do roli, czy po prostu świetnie się sprzedaje?

  • Czy to doświadczenie kryje w sobie realną głębię, czy to tylko zgrabnie ułożona narracja?

  • Czy rekruter przynosi nam najlepszych kandydatów, czy po prostu tych najlepiej udokumentowanych?

Te pytania rzadko padają na głos, ale to one kształtują zachowania. To one tłumaczą, dlaczego menedżerowie proszą o kolejną rundę spotkań, wywiad z dodatkowym interesariuszem, dodatkowe zadanie robocze czy jeszcze jeden poziom weryfikacji.

Nie zawsze reagują oni na słabości kandydata. Znacznie częściej reagują na własną niepewność. A niepewność diametralnie zmienia to, jak ludzie zachowują się wewnątrz procesu.

Dlaczego głębsza weryfikacja wydaje się dziś konieczna

W wielu zespołach zatrudniających dodatkowe etapy nie wynikają już z rygoryzmu samego w sobie. Stanowią rekompensatę za spadek zaufania do wcześniejszych etapów lejka rekrutacyjnego.

Jeszcze kilka lat temu shortlista niosła ze sobą znacznie większy autorytet. Reprezentowała poziom selekcji, który wydawał się w pełni miarodajny. Rekruter znalazł odpowiednich ludzi, a teraz nadchodził czas na decyzję. Dziś ta sama shortlista często wydaje się jedynie punktem wyjścia do dalszej weryfikacji.

Wcale nie oznacza to, że rekruter gorzej wykonuje swoją pracę. Wręcz przeciwnie – rekruterzy mają dziś do dyspozycji lepsze narzędzia, więcej danych i więcej informacji niż kiedykolwiek. Problem w tym, że większa ilość informacji nie przełożyła się automatycznie na większą pewność. W wielu przypadkach stworzyła jedynie więcej niejednoznaczności.

Kiedy kilku kandydatów prezentuje się równie dobrze, hiring menedżer wcale nie czuje się uspokojony. Czuje się wystawiony na ryzyko. Koszt podjęcia złej decyzji wydaje się wyższy, w odpowiedzi na co proces nieustannie puchnie.

Shortlista nie jest już odpowiedzią. Stała się pytaniem.

I to jest być może najważniejsza ze zmian. W wielu organizacjach shortlista odpowiadała kiedyś na pytanie: "Kogo powinniśmy na poważnie wziąć pod uwagę?". Obecnie coraz częściej rodzi zupełnie inne pytanie: "Jak bardzo możemy zaufać temu, co widzimy?".

Rozwiązanie tej kwestii jest o wiele trudniejsze.

Nie rozwiąże tego więcej sourcingu. Nie rozwiąże tego wtłoczenie do lejka kolejnych kandydatów. Prawdę mówiąc, większa liczba kandydatów często tylko pogarsza sprawę, ponieważ zwiększa liczbę wiarygodnie wyglądających opcji, wcale nie podnosząc przy tym poziomu pewności.

Właśnie w tę pułapkę wpada wiele zespołów. Shortlista wygląda obiecująco, ale nikt nie czuje się w pełni komfortowo, by na jej podstawie podjąć działanie. Proces toczy się dalej – nie dlatego, że brakuje talentów, ale dlatego, że brakuje pewności.

Co to oznacza dla rekruterów

Dla rekruterów to subtelna, ale niezwykle głęboka zmiana w ich roli.

Ich praca nie polega już tylko na ściąganiu do firmy mocnych kandydatów. W coraz większym stopniu polega na pomaganiu menedżerom w zaufaniu do tego, co widzą.

Oznacza to dostarczanie czegoś więcej niż tylko nazwisk, CV i krótkich podsumowań. Oznacza budowanie kontekstu. Wyjaśnianie nie tylko tego, kim jest kandydat, ale dlaczego jest ważny, jakie dowody popierają jego ocenę oraz gdzie kryją się jego rzeczywiste atuty i potencjalne ryzyka.

Innymi słowy, rekruter przestał być wyłącznie „łowcą talentów”. Staje się budowniczym zaufania.

A to zupełnie inny rodzaj pracy. Wymaga on mocniejszej kalibracji z biznesem, jaśniejszych kryteriów oceny i lepszych metod dokumentowania, dlaczego dana osoba w ogóle znalazła się na shortliście. Bez tego nawet fenomenalnie wyselekcjonowana grupa kandydatów może budzić wątpliwości.

Koszt braku zaufania do shortlisty

To wszystko ma również swoje twarde, praktyczne konsekwencje.

Kiedy menedżerowie przestają ufać dobrej shortliście, proces staje się drastycznie cięższy. Dodawane są kolejne etapy rozmów. Angażuje się coraz więcej osób. Proces decyzyjny zwalnia. Kandydaci czekają dłużej. Część z nich traci zainteresowanie. Część rezygnuje. Inni przyjmują konkurencyjną ofertę, zanim firma zdąży dojść do jakichkolwiek wniosków.

Jak na ironię, próba zminimalizowania ryzyka podjęcia złej decyzji drastycznie zwiększa ryzyko utraty kogoś naprawdę wybitnego.

Właśnie dlatego brak zaufania do shortlisty to nie tylko problem psychologiczny. To problem operacyjny. Wpływa na tempo zatrudniania, candidate experience, przepustowość całego zespołu i ostatecznie – na jakość końcowego rezultatu.

Cicha zmiana w rekrutacji

Ten temat jest istotny również z tego powodu, że niezwykle często przechodzi on zupełnie bez echa.

Organizacje głośno i otwarcie mówią o AI, niedoborze talentów, employer brandingu i efektywności rekrutacji. Znacznie rzadziej rozmawiają o zaufaniu i pewności. A przecież to właśnie pewność coraz częściej decyduje o tym, czy proces idzie do przodu, czy też grzęźnie w martwym punkcie.

Shortlista nadal może wyglądać doskonale. Jeśli jednak nie budzi zaufania, przestaje pełnić swoją pierwotną funkcję.

To być może jedna z największych, a zarazem najcichszych zmian we współczesnej rekrutacji. Menedżerowie zatrudniający niekoniecznie stają się coraz bardziej wymagający ot tak, bez powodu. W wielu przypadkach po prostu reagują na rynek, na którym coraz łatwiej znaleźć doskonale wykreowanego kandydata, ale o wiele trudniej osiągnąć całkowitą pewność co do jego wyboru.

A to diametralnie zmienia znaczenie tego, czym w rzeczywistości jest „dobra shortlista”.

Aktualizacje i nowości

Bądź na bieżąco z najnowszymi innowacjami, funkcjami i wskazówkami dotyczącymi Recruitify!

Imię
E-mail

Podając swój adres e-mail w ramach formularza zapisu na newsletter wyrażasz zgodę na jego przetwarzanie w celu przesyłania informacji marketingowych dotyczących produktów i usług Administratora. Administratorem Twoich danych osobowych przetwarzanych w powyższym celu jest Recruitify Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie (KRS 0000709889). Więcej informacji na temat zasad przetwarzania danych osobowych i praw osób, których dane dotyczą znajdziesz w dokumencie Polityka prywatności.

Udostępnij

Opublikowane

Kategoria

Proces rekrutacyjny

Autor

Iwo Paliszewski